|
Strona 1 z 3 Mieliśmy wyjechać 11 lipca, w piątek, w południe, ale jak zwykle, kiedy wyjazd przypada na dzień powszedni, złapaliśmy poślizg. Tym razem były to dwie godziny. Około godziny 18:00, odświeżeni po podróży, wyszliśmy z poznańskiego hotelu Topaz, by zrealizować bilety na koncert Nelly Furtado, zakupione w połowie maja.
Przechodząc ulicą Św. Czesława, w granicach numeru 6 leżał człowiek. Okazyjny pijaczek. Obok telefon komórkowy i torba z zakupami, więc nie był to typowy menel. Wyglądał tak, jakby po wypłacie z dziesiątego, przedłużył powrót do domu o 24 godziny ;) Leżał w dość dziwnej pozycji - zapewne siedział wcześniej na schodach, ale w czasie pijackiego snu, przechylił się na bok i teraz głowa była niżej niż ta część ciała, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę.
Tyle się słyszy w RTV, by nie pozostawać obojętnym na takie przypadki, gdyż i pijaczek to człowiek. Pewnie, że człowiek, a że człowiek nie wielbłąd i pić musi to czasem kończy jak ten, którego napotkaliśmy na swojej drodze. Zadzwoniłem na 112 - pomyślałem, że może warto, by zobaczył go lekarz. Kto wie, czy przypadkiem nie przetrącił sobie karku przy upadku.
W słuchawce odezwał się strażak pożarny. Wysłuchał mnie cierpliwie, po czym spokojnym głosem powiedział, że jednak przełączy mnie do ratownika drogowego. Ten drugi również cierpliwie mnie wysłuchał, a następnie, lekko znudzonym głosem zapytał, czy chodzi o tego, co na schodach siedzi. "Może i siedział" - odpowiedziałem, ale teraz leży w dość nienaturalnej pozycji. Ratownik jednak nie przejął się losem pijaczka i skierował mnie do policji. Tego było zbyt wiele. Powiedziałem ratownikowi na pożegnanie, że w dupę może sobie wsadzić poznańskie 112 i rozłączyłem się. Wtedy nadjechał radiowóz. Może przypadkiem, a może ktoś przede mną już policję poinformował. Aby wyrównać ciśnienie w organizmie, policjantowi też powiedziałem, co myślę o poznańskim 112. Poszliśmy dalej.
Na wysokości Multikina jest przystanek tramwajowy linii numer 6. Tym właśnie tramwajem zamierzaliśmy dojechać w okolice jeziora Maltańskiego. Przyjechał pierwszy z kompletem pasażerów, później drugi i trzeci... Nikt nie wysiadał - wszyscy jechali na koncert? Pomyśleliśmy, że pojedziemy taksówką. Od recepcjonisty w hotelu dostaliśmy numer telefonu, więc zamówiliśmy korporacyjną taksówkę. Dyspozytorka uprzedziła nas, że czas oczekiwania może wynieść do 30 minut. Czas oczekiwania na taksówkę minął nam na żartach i opowiadaniu ostatnio zasłyszanych dowcipów. Ogólnie cała nasza czwórka była w dobrych nastrojach. Po 20 minutach przyjechała taksówka.
Wsiedliśmy do BMW i pojechaliśmy w stronę Malty. Przejechaliśmy około kilometra i wtedy taksówkarz zapytał nas o kod. Jaki kod - pomyślałem? Pani z "centrali", w trakcie zamawiania taksówki, powiedziała, że kiedy taksówkarz zapyta, mamy się przedstawić, gdyż taksówki zamawiane są na nazwisko.
Kodu nie znaliśmy, powiedziałem na jakie nazwisko była zamawiana taksówka, a taksiarz jakby oparzony powiedział, że musimy wrócić w to miejsce skąd nas zabrał... Jakiś chory - pomyślałem. Jak to pod Multikino - zapytałem?. Ten zaczął tłumaczyć, że jak zabierze nie swoich klientów to będzie miał postój cztery godziny, po czym na najbliższym skrzyżowaniu zawrócił. Szkoda, że nie zapytał o kod przed tym, jak rozsiedliśmy się wygodnie w taksówce... Ciśnie znów mi podskoczyło. Przez chwilę się nie odzywałem, ale uprzedziłem taksówkarza, że jeżeli odjechała nasza taksówka to z pewnością zabierze nas "na Maltę".
Pod Multikinem stała jednak "nasza" taryfa. Przesiedliśmy się. Podaliśmy nazwisko i ruszyliśmy. Na skrzyżowaniach podziwialiśmy kilkukrotne zmiany tych samych świateł. Licznik "pykał" niemiłosiernie, aż w końcu dojechaliśmy w okolicę stacji paliw Shell na Jana Pawła II. Dalej były takie korki, że z pewnością po dotarciu na miejsce, moglibyśmy kupić taksówkę, którą jechaliśmy. Wysiedliśmy.
Spacerkiem pokonaliśmy ostatni kilometr drogi, kupując po drodze dwa litrowe kartoniki z piciem. Było cieplutko, ale i strasznie duszno. Duszno zresztą nie tylko z uwagi na warunki pogodowe, ale i z powodu ceny za kartonik z napojem. Dwie dychy za sztukę plus dwa zimne piwka i dwie małe mineralne - sześćdziesiąt złotych... Człowiek nie wielbłąd, pić musi.
|